Niewiele jest zakątków w Beskidzie Sądeckim nie spenetrowanych dotąd przez turystów i posiadających znamiona tajemniczości. Do niedawna jednym z takich romantycznych miejsc była Wierchomla Mała. Jednak masowy najazd narciarzy po wybudowaniu stacji narciarskiej sprawił, że miejscowość ta straciła coś, co wyczuwało się jeszcze do niedawna, wędrując szlakiem pomiędzy uśpionymi domostwami tej jak się wydawało zapomnianej przez Boga i ludzi wioseczki.
Na szczęście zapomniano o dolinie potoku Wierchomlanki, ciągnącej się od mostku przy skręcie na Małą Wierchomlę aż niemalże do czerwonego szlaku prowadzącego z Krynicy do Rytra. Dolina ta, swoim urokiem dorównująca dolinie rzeki Roztoczanki, w przeciwieństwie do tej ostatniej rzadko odwiedzana jest przez turystów. Czasami tylko jakiś przybysz czy też kierowca udający się do stacji narciarskiej pomyli drogę i zapędzi się kilkaset metrów dalej, po czym jakby czymś przestraszony pośpiesznie zawraca, zadowolony że odnalazł właściwą drogę.
Wejścia do tej pięknej doliny strzeże kapliczka - głaz postawiona jeszcze przed "Wiosną Ludów" w Europie. Pokolenia robotników leśnych - wozaków i drwali, ściągało przed nią czapki i chwaliło imię Pana Boga, udając się do pracy w lesie, będącej dla nich jedynym źródłem utrzymania. W okresie powojennym zbudowano mostki i umocniono drogę prowadzącą jakby się mogło zdawać do nikąd. Gdy nastawała pora tzw. "sadzonek" i pielęgnacji lasu, do pracy najmowano zwiększoną liczbę ludzi, najczęściej chłopów z sąsiednich miejscowości, którzy zazwyczaj nie wracali do domu na noc, lecz nocowali w wybudowanych barakach. Panowały tam spartańskie warunki i przeważnie roiło się od wszy i innego paskudztwa.
Do dziś pamiętam jednego z owych ludzi, którzy poświęcili pracy w lesie całe swoje życie. Misiu - bo tak go zwano - miał 2 ubrania: jedno "kościelne", drugie do "roboty" - służbowe, zielone. W tym oto zielonym ubraniu i z siekierką w ręku go zapamiętałem, kiedy auto przywoziło go na niedzielę do domu, a ja jako mały chłopiec zaglądałem do szoferki poprzez uchyloną szybę.
Po latach wróciłem do rodzinnej miejscowości. Nie wiem dlaczego, ale przypomniałem sobie o "Misiu", który już - jak mi powiedziano - dawno odszedł pielęgnować "niebieskie" lasy. Pomyślałem, że jeśli udam się do miejsc, w których spędził on większość swego życia, uchwycę resztki atmosfery minionych lat i poczuję się na chwilę jak wtedy, kiedy "Misiu" schodził po drabince z samochodu.
Minąwszy kapliczkę poruszałem się w górę rzeki Wierchomlanki, w koło nie było żywego ducha, albo tak mi się wydawało. Droga wiła się wzdłuż doliny przechodząc raz na lewy raz na prawy brzeg potoku. Z prawej i z lewej strony dochodzące strumyki dbają o to aby pstrągi w Wierchomlance nie osiadały na mieliźnie. Kiedy poruszałem się wzdłuż granicy rezerwatu Lembarczek zaczęło ogarniać mnie dziwne uczucie. Wydało mi się oto, że słyszę głosy wozaków przeklinających swoje konie. Gdzieś z oddali dochodziły głosy chłopów wylewających swoje żale i wymawiających sobie nawzajem zaszłe urazy tak, jak to nieraz robili po wypiciu któregoś tam "Patykiem Pisane" za 19 zet przy naszym beskidzkim sklepie. Poczułem się dziwnie i trochę przestraszony postanowiłem zawrócić i skrócić drogę do czerwonego szlaku. Przeszedłem na prawy brzeg Wierchomlanki, ale droga, która prowadziła najpierw wzdłuż jej brzegu zakończyła się nagle u wylotu innego potoku. Nie wahając się postanowiłem iść dalej. Powoli, przeskakując z kamienia na kamień poruszałem się w górę potoku omijając powalone drzewa i pniaki. Po około 20 minutach doszedłem do malowniczej polanki. Zaświeciło słońce, głosy ucichły i dziwne uczucie bliskości czegoś nadprzyrodzonego zaczęło mnie opuszczać kiedy nagle w trawie w odległości paru kroków zobaczyłem go. Słał i patrzył na mnie. Nie uciekał. Obydwaj wymieniliśmy spojrzenia, lecz ręka moja, która w pierwszej chwili odruchowo poszukała noża myśliwskiego u mego boku, powoli opadła. Zrozumiałem. Wilk był chory. Był to co najwyżej dwuroczny samiec. Był skrajnie wycieńczony.
Mijały chwile a my tak staliśmy jakby chcąc odepnąć się wzrokiem. Wilk pierwszy powoli odwrócił się i wtedy zobaczyłem, że ma niewładną tylną prawą nogę. Pozwolił mi się ze sobą spotkać bo zapewne miał nadzieję, że wcześniej skręcę w jakąś boczną odnogę potoku i ominę go. Zrobiło mi się go żal, więc wyciągnąłem z plecaka swoje kanapki i rzuciłem mu je. Mimo, że był głodny nie tknął ich i powlókł się w górę potoku. Gdy go wyprzedziłem położył się w wodzie i patrzył na mnie swoimi wilczymi oczami. Nie było w nich strachu, nie błagały również o litość. Biła z nich resztka wilczej, zwierzęcej dumy. Wiedzieliśmy obydwaj, że jego życie niebawem się skończy. Wiedziałem, że stado go opuściło i aby przetrwać podążyło w stronę Beskidu Niskiego. Wierchomla stanowi zapewne zachodnią rubież wędrówki wilków a miejscowi pasterze nieraz znajdowali poszarpane owce. Powstawszy z wody, oddalił się, gramoląc się na urwisty brzeg potoku. Nie podążałem za nim. Ścisnęło mnie za gardło i przypomniałem sobie "Misia". Obydwaj większość swojego krótkiego życia spędzili w lesie, dla obydwu las był źródłem utrzymania, podobnie jak przed laty życie Misia, życie wilka dobiegnie wkrótce swego kresu w lesie. Podobnie jak pobratymcy nie będą pamiętać o swoim bracie - wilku, tak i krewni zapomną wkrótce o Misiu. W tym przypadku przysłowie: "człowiek człowiekowi wilkiem" nie mija się z prawdą.
Do domu wróciłem w wilczym nastroju.
M.D.
Był starym człowiekiem, który mieszkał "kątem" u swojej bratowej i gdy go spotkałem tego lata wiedziałem, że jego ziemska wędrówka niebawem dobiegnie kresu. Przyspieszyłem kroku, zrobiłem pośpiesznie zakupy i obdarowałem go paczką papierosów i zapałek. Popatrzył na mnie, uśmiechnął się, podziękował i pokuśtykał do domu charakterystycznym chodem, który przed laty był powodem nadania mu przydomka "Kolajka". Od lat zwykłem był obdarowywać go paczką papierosów i butelką piwa. Robiłem to bardziej dla siebie niż dla niego. Kiedyś przed laty kiedy byłem małym chłopcem usłyszał ode mnie przykre słowa, które mi Jasiu po krótkim wzburzeniu wybaczył. Mnie jednak te słowa paliły tym bardziej im starszy się stawałem. Z drugiej strony pojawiała mi się przed oczami postać mojego ojca. Kiedy już moje życie jako tako się ustabilizowało i kiedy po latach spędzonych poza domem mógłbym cieszyć się wspólnym przebywaniem z ojcem, ten niespodziewanie pożegnał ten świat. To on wprowadził mnie w świat bajek, podań i przypowieści. I chociaż był prostym, skromnym człowiekiem, rozmowy z nich nie powstydziłby się profesor akademicki. Słowa ks. Twardowkiego "spieszcie się kochać ludzi bo tak szybko odchodzą" nigdy nie były dla mnie bardziej przekonywujące. Wtedy to po śmierci ojca pomyślałem sobie, że jeżeli będę wspomagać Jasia podczas ostatnich lat jego ziemskiego pielgrzymowania to być może udal mi się spłacić część wewnętrzznego długu, którego nie zdążyłem spłacić swojemu ojcu. Słowa -"cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili" - pozwoliły mi wtedy odzyskać spokój i wyleczyć rany, które długo krwawiły.
Jasiu należał do najniższej kasty na wsi jeżeli tak można by powiedzieć. Gospodarze, chociaż sami biedni ignorowali go i rzadko obdarzali dobrym słowem. Żony nie miał bo któraż chciałaby wyjść za kogoś, który nic oprócz łachmanów na grzbiecie nie ma i którego nikt nie poważa. Gdyby choć jedna cecha stawiała go ponad przeciętną, byłby jeśli nie szanowany to przynajmniej nie ignorowany. Bo ludzie niezależnie od statusu społecznego, grubości portfela szukają zawsze kogoś słabszego na którym mogliby wyładowywać swoje złości, odgryzać się za swoje niepowodzenia, czynić powodem swoich klęsk i upadków. Czynili tak i gospodarze wioski. Gdy fura z sianem się przewróciła a Jasiu szedł za wozem, on był winny. Gdy wygrabywał słomę stojąc za młocarnią zwaną "galasiorką" a zboże nie sypało, Jasia trzeba było winnić. Gdy krowy nie dawały mleka to za przyczyną Jasia. Czasami tylko udawało mu się uczynić za to odpowiedzialną miejscową "babę", którą od dawna podejrzewano o czary.
Życie Jasia było monotonne a jego rytm wyznaczały pory roku i pogoda. W zimie nakładał gnój na sanie i wywoził na poletka położone na stokach Sycówki, prowadząc parę krów zaprzągniętych w jarzmo. Na wiosnę orał, siał, kosił łąki, grabił siano i zwoził je. Gdy nie było już roboty u swojego brata, u którego mieszkał, chodził "po ludziach" na "kośby" czy też wykonywał inne roboty, które mu zlecano. Gdy nastało lato kosił , suszył zboże, wiązał je w snopki, składał w kopy, zwoził do stodoły i młócił cepami zanim pierwsza młockarnia zawitała na wieś. Młócenie cepami, chociaż jedna z najcięższych robót była tą, która naprawdę lubił. Czterech chłopów ustawionych naprzeciwko siebie uderzało "waliło" cepami na przemian rozwiązane snopy zboża rozrzucone pośrodku nich na klepisku stodoły. I trzeba było zachować odpowiedni rytm pracy aby zamiast zboża nie "obtulić" sąsiada cepami. Gdy na wsi zagościły pierwsze młockarnie, Jasiu najczęściej podawał albo deptał słomę. Deptanie słomy należało do tych robót, które mógł wykonywać każdy. A że często czyniły to również kobiety, nie obywało się bez pisków, przytulanek, czy też innego rodzaju "fitu mitu". Znane są przypadki, kiedy pary zapominając o deptaniu słomy zostały zagrzebane a czasami nawet przydeptane i nie słyszały nawoływania na obiad, który był tradycyjnie jedyną zapłatą za wykonywaną pracę. Jasiu korzystał z tego "słomianego" przywileju, pozwalającego na słomiane miłostki. Od wiosny do jesieni pasł krowy, pędząc je rano i po południu na pastwisko. Czynił to tak regularnie, że inni mogliby regulować zegarki gdyby je posiadali. Na pastwisku inni pasterze, zazwyczaj leciwi już gospodarze omijali go i nawet nie dopuszczali do gry w karty, jedynej poza babą i gorzałką rozrywki w ich skromnym życiu. Bo nie był ich godny. Bo nie był gospodarzem.
Lata mijały a ja coraz rzadziej widywałem Jasia. Gdy siły zaczęły go opuszczać, rzadko wychodził poza przyzbę domu. Dochodów nie miał żadnych a skromny dodatek z opieki społecznej brała jego bratowa opiekująca się nim. Był jednak dobrze traktowany przez swoją rodzinę. Miał swoje łóżko, nie głodował, nie musiał już młócić cepami, wyganiać krów, iść na przedzie jarzma. Wysiadywał godzinami na ławce po strzechą domu i zapewne przesuwały mu się przed oczami obrazy z niedalekiej przeszłości kiedy w duszne, gorące popołudnia wyczekiwał, siedząc na ławce, aż żar zelży i pozwoli wypędzić bydło na pastwisko. Trudno jest mi powiedzieć czy był mądrym człowiekiem czy nie. Na pewno był człowiekiem, który znał swój umysł. Pogodził się ze swoim miejscem w miejscowej społeczności. Pomagał wszystkim nie czyniąc nikomu najmniejszej krzywdy. Był jedną z kartek grubej księgi. I podobnie jak treść jakiegoś rozdziału może nam się nie podobać i ten rozdział chętnie omijamy, to jednak pozbawiając księgę tej kartki czujemy, że pewien harmonijny porządek został zakłócony i raz ustalona równowaga została zachwiana.
Tak stało się pewnego jesiennego dnia. Przejeżdżając zobaczyłem na tablicy klepsydrę. Przystanąłem. Chociaż łzy zakręciły mi się oku wiedziałem, że tym razem nie zmarnowałem swojej szansy. Śmierć Jasia tłumaczyłem sobie jako naturalny porządek świata.Jednak gorycz nadal ściskała za gardło. Czy świat po jego śmierci dalej będzie taki sam? Czy życiu, które potoczy się dalej nie zabraknie kropki nad "z"? Był cząstką naszej społeczności, cząstką każdego z nas. Czułem, że wraz z jego śmiercią ta cząstka umiera na zawsze.
Być może Jasiu wyglądał z ukojeniem swojej śmierci. Oczekiwał chwili, kiedy stanie się bohaterem przez trzy kolejne dni. Kiedy wszyscy będą o nim mówić - więcej niż kiedykolwiek, kiedy pozostawał wśród żyjących. Będą go odwiedzać - jak nigdy podczas jego ziemskiej wędrówki. Będą mówić za nim pacierze. Po raz pierwszy od dnia jego urodzin. Ksiądz wspomni jego imię. Po raz drugi i ostatni. Potem odwiozą go na miejsce wiecznego spoczynku i ..zapomną. Ale jemu już będzie wszystko jedno bo będzie już pasł bydło na zielonych, niebieskich pastwiskach a na ziemi pozostanie po nim tylko imię - Jasiu.
M.D.
Chociaż minęło już parę ładnych lat, wypadki które tu opisuję ciągle nie dają mi spokoju. Nieraz budzę się w środku nocy, próbując sobie objaśnić rzeczy, których najwyraźniej mój umysł pojąć nie może.
Zaczęło się pewnej słonecznej niedzieli na początku maja, kiedy wybrałem się na kolejną wędrówkę beskidzkimi szlakami. Tym razem celem mojej wędrówki miała być Litmanowa - niewielka wioska słowacka, położona około godziny marszu od przełęczy Rozdziela.
O Litmanowej usłyszałem po raz pierwszy jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to nasz proboszcz karcił chłopów z ambony i przestrzegał, aby nie skracali sobie drogi poprzez zieloną granicę, kiedy udają się z pielgrzymką na miejsce rzekomych objawień Matki Boskiej na zboczu góry Zvir, położonej gdzieś w połowie drogi pomiędzy Litmanową a szczytem Eliaszówki. Dobrze zapamiętałem tą troskę proboszcza o zdrowie swoich parafian i postanowiłem trzymać się szlaku turystycznego.
Kiedy wysiadłem na ostatnim przystanku, Sucha Dolina spowita była we mgle. Od czasu do czasu mijał mnie jakiś przechodzeń spieszący, jak się domyślałem, na mszę poranną w kościele w Kosarzyskach. Na Obidzy odbiłem na niebieski szlak, prowadzący do Szczawnicy pasmem górskim dzielącym las na polski i słowacki. Brnąłem może przez dwa pacierze po rozmokłej drodze, kiedy przed sobą, w odległości na dwa rzuty kamieniem zobaczyłem czarną postać dziewczyny poruszającą się w tym samym kierunku. Nieraz wędrując spotykałem samotne turystki, podziwiające piękno beskidzkiego krajobrazu, lecz tym razem nieco się zdziwiłem, gdyż dziewczyna ubrana była na czarno i nie był to wcale strój turysty. Czarne buty, czarne spodnie, coś w rodzaju kurteczki. Czarny pasek torebki zasłaniały czarne, długie włosy. Kiedy do niej doszedłem i powiedziałem dzień dobry, nie wydawała się być zaskoczona, chociaż jestem pewny, że nie zauważyła jak się skradam, będąc zajęta omijaniem błota i kałuży. Dowiedziawszy się, że wędruję do Litmanowej, ucieszyła się i zapytała czy może mi towarzyszyć. Naturalnie, że mogła. Chociaż jak wielu innych szukam w górach samotności i moja fizjonomia może wydawać się innym podejrzana, sposób w jaki się zapytała, wydał mi się jakiś dziwny, tajemniczy. Gdy zapytałem ją czy nie lęka się towarzyszyć bądź co bądź nieznajomemu facetowi, nie odpowiedziała nic a tylko się uśmiechnęła.
Przekroczyliśmy granicę na Przełęczy Rozdziela i wąską ścieżką wijącą się wśród traw, miejscami podmokłą, schodziliśmy do Litmanowej. Tu i ówdzie widać było opuszczone, drewniane domy, których właściciele albo pożegnali już ten świat albo udali się przed laty za szeroki ocean w poszukiwaniu lżejszego chleba.
Moje pytanie o cel wędrówki uradowało ją niezmiernie. Powoli, najpierw nieśmiało, zaczęła obnażać swoją duszę. Duszę, która przypominała rynek miasteczka. Na środku rynku znajdował się Bóg, a poza rynkiem żadnych uliczek nie było. Nie tylko tematy ale sposób w jaki wyrażała swoje uczucia oczarowały mnie. Nigdy przedtem nie spotkałem kogoś, kto by tak pięknie potrafił mówić o sprawach wiary. Sam nigdy zbyt religijny nie byłem, a w ostatnich latach coraz bardziej oddalałem się od kościoła. Czy był to rezultat własnych przemyśleń, lektury czy też zwyczajnego wygodnictwa, trudno jest mi jednoznacznie ocenić. W swoim czasie wiele czytałem i znałem wiele pikantnych szczegółów na tematy religijne. Wiara moja przypominała fasadę pięknie odrestaurowanego domu, w którym brakowało ogniska. Ona zaś cała przypominała ognisko, dom, w którym na ściany już nie starczyło miejsca. Przyszło mi do głowy, że gdyby los przed laty nas złączył, moglibyśmy stanowić doskonałą budowlę. Moglibyśmy.
Gawędząc, doszliśmy do Litmanowej i koło krzyża skręciliśmy do miejsca objawień Matki Boskiej Litmanowskiej. Kiedyś przed laty natknąłem się na jakiś obrazek z jej podobizną. Z twarzy jej bił smutek, przeplatany z nadzieją i oczy jakby patrzące w pustkę, której nie było. Było to dzieło jakiegoś pośledniego artysty i może dlatego wzbudziło we mnie taki niepokój.
Minąwszy setki samochodów i autobusów z różnych zakątków Słowacji i Polski, znaleźliśmy się pod górą Zvir i zaczęliśmy się wspinać ku polance, na której zbudowano kaplicę upamiętniającą rzekome objawienia Matki Boskiej dwóm dziewczynkom. Mijaliśmy ludzi różnego pokroju i wieku. Stare babcie owinięte w chusty podobne do tych, jakie moja babcia strzegła jak oka w głowie, zamykając je na kłódkę w drewnianej skrzyni zwanej "safarnią", stały w cieniu drzew i przesuwały paciorki różańca. Kobiety w średnim wieku poruszały się na kolanach w kierunku drewnianego krzyża. Długa kolejka u źródła pragnących napełnić naczynia wodą życia jakby się mogło zdawać. Pomyślałem wtedy, że w gruncie rzeczy ważne jest nie to, czy objawienia wydarzyły się naprawdę ale fakt, że ludzie wierzą i że jest im dobrze, kiedy wędrują przez życie, poszukując prawdy. Spory exegetów, które śledziłem na łamach jakiegoś niemieckiego czasopisma dotyczące autentyczności Jezusa wydały mi się w świetle tego co tam ujrzałem, małoznaczące, akademickie, wręcz pochodzące z innej planety.
Usiedliśmy na polanie, wyciągnąłem wikt i zaproponowałem mojej towarzyszce. Odmówiła. Zapytała tylko, czy mógłbym pozostać do godzin popołudniowych, kiedy to mszę odprawiać będzie polski ksiądz, bo znam drogę na skróty do przejścia granicznego w Mniszku, ponieważ powrót tą samą drogą, którą przyszliśmy będzie już po południu niemożliwy. Skąd wiedziała, że znam. Znałem również jeszcze krótszą drogę, drogę kurierów beskidzkich, którą przed laty odradzał nam nasz poczciwy proboszcz.
Po mszy, z której pamiętam tylko, że ksiądz pomylił psalm 26 z 23, ruszyliśmy w drogę powrotną, prowadzącą poprzez polany i lasy, żywo rozmawiając. Lubiłem zawsze o sobie mawiać, że należę do ludzi, których ani karczma nie zepsuje ani kościół nie naprawi. Wiedziałem, że nie zmienię swoich przyzwyczajeń i poglądów. A jednak z przyjemnością słuchałem jej wywodów i wcale nie jestem pewien czy to ze względu na ich treść czy przepiękne brzmienie jej anielskiego głosu. W każdym razie ani się obejrzałem kiedy minęliśmy miejscowość słowacką Hranicne i zmierzaliśmy drogą do Mniszka nad Popradem. Kiedy dochodziliśmy do przejścia granicznego zapytała nagle, czy może mnie pocałować i zanim zdziwiony zdołałem cokolwiek powiedzieć, zbliżyła się i pocałowała mnie w policzek. "Odwiedź mnie kiedy" dodała.
Pomyślałem, że kupię jej jakąś pamiątkę w jednym z tych sklepów przy przejściu granicznym, które wyrosły w ostatnich latach jak grzyby po deszczu. Kiedy wyszedłem ze sklepu nigdzie jej nie było. Szukałem, pytałem przez 2 godziny ale nikt jej nie widział. Nawet oficer dyżurny nie pamiętał aby ktoś o takim wyglądzie przekraczał granicę.
Słońce chyliło się ku zachodowi kiedy samotnie maszerowałem do Piwnicznej. Wkładając bilet do kieszeni, ręka moja natrafiła na coś aksamitnego. Była to podobizna Matki Boskiej na zielonym tle na kawałku miękkiego materiału. Z drugiej strony był numer telefonu.
Starsza pani podniosła słuchawkę i bezradnym głosem oznajmiła: "proszę pana moja córka nie żyje". Skamieniałem. "Zginęła rok temu, ..w wypadku, ...na Słowacji. Nie słuchałem co dalej mówiła, powoli odłożyłem słuchawkę. Przed oczami przesuwały mi się obrazy minionego dnia.
Bez trudu odnalazłem miasteczko, w którym mieszkała, w nim cmentarz, a na nim mogiłę, w której spoczywała. I chociaż nigdy tam nie byłem, czułem się tak, jakbym znał tam każdy kąt. Z kamienia spoglądała na mnie twarz dziewczyny i wydawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Po imieniem widniała data jej śmierci. Dokładnie rok przed naszym spotkaniem w górach. Przypomniały mi się jej ostatnie słowa. Czy o takie odwiedziny jej chodziło?
W maju po raz kolejny udam się na wędrówkę do Litmanowej. Może tym razem ...
M.D.
List starego gastarbeitera
do swojego przyjaciela
Myślę przyjacielu, że nie spojrzysz na mnie z wielką zgrozą,
że postanowiłem pisać obiecane listy wierszem, a nie prozą.
Nie znaczy to bynajmniej, że udaję Mickiewicza,
(Chociaż powiadają, że jestem do niego podobny z oblicza).
Sądzę przy tym, że jestem jeszcze na tyle poczytalny,
że stworzę dla Ciebie tekst całkiem zwyczajny.
Zacznę od tego "żeśmy" o piątej z Mniszka odjechali,
(Dwa małe fiaty i chłopy tam na nas czekali).
Pogoda była marna, wszędzie deszcz i dużo błota,
na drodze ominąłem zwłoki padniętego kota.
(Wiem Przyjacielu, że widok taki wprawia Cię w wymioty),
ktoś jednak musi pożałować rozjechane koty.
Ja przodem gnałem swojego starego rumaka,
Tuż za mną podążała cała nasza paka.
Drżałem by któreś z aut nie odmówiło posłuszeństwa.
Me obawy wynikły stąd, że często widziałem te maleństwa
przy drodze, i ich panów bezradnie rozkładających swoje ręce,
i drapiących swe głowy w ich wielkiej udręce.
Bo nie ma przecież większej męki dla szofera,
Gdy jego "pierwsza miłość" - auto - na drodze umiera.
Wspomnę tutaj, że nie były to wcale przesadne obawy,
(Gdyby były puste, nie robiłbym z tego przecież żadnej sprawy).
Bo wkrótce nasze chłopy pokornie dokręcali koła,
Ścierając smar z rąk i pot, który lał się z czoła.
Marek, który jechał ze mną upuszczał łzy soczyste.
Że były to łzy krokodyle - to jest oczywiste.
Na miejsce dotarliśmy o siódmej godzinie,
świadomi tego, że praca w tym dniu wcale nas nie minie.
Kierownik jednak okazał "litość" dla szofera,
mówiąc, że jeśli ktoś całą noc się w drodze poniewiera,
musi iść od razu na "niepłatne" spanie.
Bo jeśli nie daj Boże coś złego się stanie,
to on - kierownik będzie odpowiadał.
Wolałbym iść do pracy, lecz skoro tak gadał,
przytaknąłem, lecz pomyślałem - mów tu do dupy,
ja i tak pojadę na pierwsze zakupy.
Pojechałem tedy, zakupiłem wodę, piwo i chusteczki,
i innych parę drobiazgów włożywszy do teczki,
Opuściłem ten przybytek pełen wewnętrznej ochoty,
i udałem się do znajomej po swoje klamoty.
Wróciwszy, wysiadam z auta i oglądam koła,
a tu już kierownik z daleka mnie woła,
mówiąc, że skoro nie śpię ma dla mnie robotę.
Nie pyta nawet czy ja mam ochotę,
rozrzucać ziemię wokół jego domu.
Dodał, że jeszcze o tej pracy nie mówił nikomu,
bo wie, że ja mu to wykonam tak jak się należy.
Bo chociaż obiboctwo tutaj się nie szerzy,
on żywi jednak tylko do mnie pełne zaufanie.
(Pewnie przez tą dekadę zasłużyłem na nie).
Ruszyłem wtedy ostro i mimo upału,
nie potrafiłem wcale pracować pomału.
Pośpiech ten jednak nie wyszedł mi na zdrowie.
Gdy wróci Marian wtedy Ci opowie,
jak to po tym mu zesztywniała lewa ręka,
i jaka przy ogórkach czekała go męka,
gdy przyszło rwać ogórki mu tylko prawicą.
(To tak jakby staruszkowi kochać się z dziewicą).
M.D.
Skończywszy ewangelię, ksiądz powlókł swój obojętny wzrok po twarzach wiernych, następnie utkwił go w jakimś martwym punkcie i zamilkł na dobre. Wierni zgromadzeni na uroczystości pogrzebowej wydawali się rozumieć tę obojętność swojego duszpasterza, bo również lekko pochylili głowy, nie spoglądając na siebie nawzajem jak to zwykle bywało kiedy nie pojmowali gestów dobrodzieja i szukali jak gdyby zrozumienia jego zachowania u swoich współziomków.
Tym razem wszystko wydawało się oczywiste i jakby z góry rozstrzygnięte. Kazania nie będzie. Bo jakże mogłoby być inaczej skoro Jasiek - chłop w sile wieku - nie odszedł śmiercią naturalną.
Trzy dni temu wstał z łóżka o piątej godzinie jak to zawsze czynił. Nie wychylił jednak głowy poza próg domu, nie rozejrzał się po niebie aby przepowiedzieć pogodę, nie wyszedł popatrzyć czy młodziaki - te ceglate - wyszły już z innymi z gołębnika. Nie poszedł nawet do stajni aby koniowi dać obroku. Nie odezwał się też do swojej babiny, która jeszcze pokręcała się na słomianym sienniku pod przeciwległą ścianą izby. Nacisnął baretkę na głowę, zaprzągł konia, wziął siekierę; capinę i zawojnę przypiął łańcuchem do kary i sam usiadłwszy między kołowrotem odjechał pośpiesznie do lasu.
Nie przykładał się jednak tego dnia do roboty. W inny dzień naszykowanie kary drewna zajęłoby mu około 3 godzin. Tymczasem minęło już południe a kara była prawie pusta. Kiedy słońce zbliżyło się ku zachodowi, Jasiek bezwiednie złapał lejce. Podjechał do pobliskiego drzewa. Stanął na karze. Przerzucił koniec powrózka przez zwisającą gałąź i przeciągnął przez oczko znajdujące się na jego drugim końcu. Bez pośpiechu zrobił pętlę, przerzucił ją przez głowę i zaciągnał dobrze na szyi. Potem powiódł oczami wkoło. Zatrzymał wzrok na swoim karym, który tak wiernie służył mu przez długie lata. Spojrzał na otaczające drzewa, które jak mu się zdawało, przestały poruszać liśćmi. Krzyknął "wio", lecz koń nie ruszył się z miejsca. Krzyknął raz drugi ale koń nadał pozostał w bezruchu. Rzucił tedy parę przekleństw na swojego karego. Normalnie kary po takiej wiązance ciągnąłby nawet na kolanach. Tym razem jednak patrzył swoimi dużymi, wystraszonym, końskimi oczami na swojego pana i nie zrobił ani jednego kroku. Krok zrobił za to Jasiek. Jeden mały krok do wieczności.
Mimo, że w oczach mu pociemniało, zobaczył siebie jak to z ojciem chodził na kośby. Kiedy kośby się skończyły zaczął jeździć do lasu. Z reguły wieczorem, żeby leśniczy nie stanął mu na drodze. Usłyszał potem odgłos wleczonego drewna do pobliskiej wioski, gdzie za marne pieniądze zostało sprzedane. W drodze powrotnej wizyta w miejscowym sklepie po wino i kiełbasę. Potem droga powrotna. Po ciemku. Bez pośpiechu. Nawet koniowi nie spieszyło się do domu. Bo i po co się było spieszyć? Po to by następny dzień rozpocząć tak samo, niepewnie, bez widoków na lepszą przyszłość? By położyć się koło baby, by dowiedzieć się, że znowu ochlał się jak świnia. By położyć się na swoim wyleżałym sienniku i opędzać się od "poscyc", zanim sen nie obdaruje go chwilą ukojenia?
W oczach pociemniało mu jeszcze bardziej, prawie tak jak wtedy kiedy przesadził z samogoną. Poczuł się błogo, martwił się jednak, że sen niedługo się skończy i jutro walka o przetrwanie zacznie się od nowa. Nie wiedział, że z drogi, którą obrał nie ma powrotu. Nie spostrzegł, że stoi już u bram nieba.
Gdy się zaczęło ściemniać, koń sam przyciągnął pustą karę do domu. Stał tam pokornie przez całą noc. Rano żona zaalarmowała sąsiadów.
"Wierzę w Boga ojca wszechmogącego" przerwało grobową ciszę w kościele. A kiedy niedługo później wierni usłyszeli słowa pieśni "niebieski orszak niech Twą duszę przyjmie", wcale nie byli pewni czy rzeczywiście "aniołowie zaprowadzą Jaśka do raju".
Pół godziny później na cmentarzu nie płakał nikt. I nie dlatego, że nie żal im było nieboszczyka. Nie dlatego również, żeby gorszył ich czyn nieboraka. Dla ludzi tych żyjących w środowisku, w którym każdy niemal dzień był walką o przetrwanie, i w którym śmierć zbierała udane żniwo zarówno wśród starych jak i młodych, "kostantyna" była, z której by też strony nie nadeszła, naturalnym, wkalkulowanym w życie ryzykiem. Podobnie jak matka złapanej w sidła sarenki nie płakała po stracie swojego dziecka, tak i oni zdawali się mieć zakodowaną wolę przetrwania. Jasiek miał ją kiedyś również. W przeciwieństwie jednak do zwierząt, spróbował innej drogi ucieczki ze swojej zwierzęcej doli. Nie wiedział jednak, że jest to droga śmiertelnie niebezpieczna.
Księdza odwieźli bryczką na plebanię -tą samą, którą przywieźli nieboszczyka. Wierni pośpiesznie rozeszli się do domów. Z miejsca spoczynku Jaśka widać było lasy. Lasy, które Jasiek tak bardzo kochał i które jak się wydawało powtarzały teraz jego imię.
M. D.
W świetle ognia papierosa rozpoznałem jego twarz. Dojrzałem oczy zapatrzone bezwiednie w dal w jakiś martwy punkt, o smutnym, niepewnym wyrazie, wylewające niepewność jutra i dające wgląd do jego zalęknionej duszy. Kiedy smutno powiedział "cześć", dojrzałem parę kroków od jego stóp torbę podróżną. Dobrze znałem ten krój. Podłużna i znoszona, napakowana do rozpuku, z uszami smutno i pokornie opuszczonymi w kierunku brudnego asfaltu. Ubrany był w ciemną kurtkę, ciemne spodnie i czarne, spragnione pasty i szewca buty. Ubiór po jakim można poznać wyjeżdżającego w poszukiwaniu pracy od Bieszczad aż po Sudety. Stał tam w ciemnościach w pół drogi i czekał. Bo i cóż miał robić. Nie ciągnęło go wcale tam dokąd zmierzał. Nie miał również najmniejszej ochoty powrócić w miejsce, które opuszcał. Bo nie zniósłby przecież wzroku żony swojej. Niby spokojnego, niby cieszącego się z jego widoku lecz z głębi duszy wylewającego ukryte żale i nigdy nie wypowiedziane pretensje o podłość losu, który jego rodzina wieść musi i którego on jest jeżeli nawet nie bezpośrednim sprawcą to na pewno jedynym winowajcą. Nie tęskno mu było w tejże chwili do swoich dzieci. Małych, rozwrzeszczanych bękartów, naciągających go wiecznie na słodycze i jakieś tam komórki wypatrzone na telewizyjnym ekranie, nie rozumiejących słowa "nie" i mylących znaczenie "później" z zaraz. To prawda, że kochał je wszystkie swoistą miłością i właśnie w imię tej miłości wyruszał po raz któryś z kolei w poszukiwaniu chleba. Bo i nie miał już wcale ochoty udawać się po ochłapy do pomocy społecznej i korzyć się, licząc na miłosierdzie gminy. Spowiadać się ile to ma dzieci i jakie stąd wynikają wydatki. Miał już dosyć oglądania niby to zatroskanej twarzy urzędnika, myślącego w duchu i jakby chcącego dać mu do zrozumienia "jak żeś sobie dzieci narobił, to je teraz żyw".
Dym papierosa zdawał się pieścić jego poczerniałą, nieogoloną twarz, dodawać mu otuchy a jednocześnie stanowić jego jedyną rozkosz. Wyglądadało to tak jakby chciał w nieskończoność odkładać chwilę odjazdu ze swojej góralskiej wioski. Wiedział jednak, że odwrotu nie ma. Świadom był, że za chwilę ujmie swoją kościstą ręką wysłużoną, wyśłechtaną torbę i uda się powolnym, kołyszącym krokiem na pobliski przystanek kolei żelaznej. Tam przy blasku słabej żarówki dostanie kupon na bilet na drugi koniec Polski. Znajdzie miejsce w przedziale wśród podobnych jak on i w towarzystwie gorzałki, kart i pośpiesznie zabranego jedzenia upłynie mu czas do miejsca przeznaczenia. Tam spotka kolegę, który zwerbował go pracy i uda się z nim do swojej pakamery. Jeśli będzie miał szczęście dostanie ciepły, w miarę czysty kąt, który stanie się jego domem na czas pobytu w świecie. I chociaż nie było mu obce spanie na rozłożonym na betonowej posadzce styropianie to jednak świadom był faktu, że jego grzbiet z roku na rok zamiast przyzwaczajać się do niewygód, coraz bardziej przestaje je tolerować. Poczuł w ustach smak konserwy mięsnej zagryzanej chlebem i spłukiwanej piwem. I tak samo jak pewny był, że po dniu nastaje noc, wiedział dobrze, że ta chłopska dieta niczym nie będzie różnić się od diety dnia poprzedniego. Wiedział, że zapach przepoconych, nie zaprzyjaźnionych z wodą ciał czy też chrapanie nocne przypominające jazgot rozklekotanych, ruskich pił motorowych, połączone ze zgrzytaniem zębów i innymi swojskimi, bezwiednie wydawanymi odgłosami za nic w świecie nie zakłóci jego twardego snu po ciężkiej, całodziennej pracy. Łudził się, że nie będzie tym razem musiał ukrywać się jak zając by nie wpaść w ręce kontroli na budowie. Wierzył, że pracodawca, a właściwie pośrednik wypłaci mu w terminie ciężko uciułany grosz i nie będzie odkładał momentu wypłaty po skończonej robocie, albo co nie daj boże, nie zniknie jak kamfora i nie naśle na niego policji, jak to miało miejsce trzeciego roku pod Warszawą.
Rozkosz poczęła go napawać, kiedy odważył się sięgnąć myślami poza horyzont swojego prostego umysłu. Ujrzał siebie powracającego do wioski z tą samą torbą ale krokiem o 20 lat młodszym. Zobaczył dzieci wybiegające naprzeciw, pytające z daleka "coś nam przywiózł tato". Dostrzegł żonę w progu chaty pozbawioną przyrodzonej hardości, szukającą miłych słów i próbującą usprawiedliwić uśmiechem swoje pomarszczone czoło. Wiedział, że oto po raz kolejny staje się bohaterem dwóch kolejnych tygodni póki ciężko zarobione pieniądze nie stopnieją w ogniu codziennych wydatków i zaciągniętych długów. Wiedział, że sklepikarz będzie znowu miło go witał w swoim składzie a na stronach zeszytu z wykazem dłużników pojawią się pod jego nazwiskiem duże krzyże. Matka natura zadbała aby jego wyobraźnia nie sięgała zbyt daleko, aby oszczędziła mu ujrzenia swojego losu kiedy pieniądze się wyczerpią. Kiedy to wraz z topnieniem oszczędności będzie zmieniał się stosunek jego żony, będący najlepszym barometrem stanu domowej kasy.
Cieszył się każdym dniem i żył szczęśliwie dopóki warunki pozwalały. Nie obchodziło go co dzieje się za granicami jego maleńkiej wioski. Wydarzenia przedstawiane na ekranie telewizora były dla niego niepojęte i pochodzące jakby z innej planety pomimo, że nie był wcale stary. Z bojaźnią patrzył na życie toczące się w zabójczym tempie gdzieś tam w dalekim świecie. Nie czynił nikomu najmniejszej krzywdy ale też nigdy nie spieszył sąsiadom z pomocą. Nie zazdrościł nikomu posiadania samochodu czy pokaźnego domu. Wystarczyły mu tylko cztery ściany, łyżka ubogiej strawy i spokój. Spokój, spokój, spokój! Lubił być pozostawiony samemu sobie, a jedynie konieczność zmuszała go do wyjazdu za chlebem. Słyszał, że kiedyś każdy miał pracę. Nie mieściło się w jego głowie, że nawet przymuszano ludzi do pracy. Kiedy pomyślał, że praca szukała ludzi a nie odwrotnie, żałował, jął żywić jakoweś pretensje do swoich już nieżyjących rodziców za to, że za późno przywołali go na ten świat, a niekiedy nawet zazdrościł im, że tak szybko odeszli do domu swojego pana.
Kiedy wracałem ze spaceru, zobaczyłem w miejscu gdzie stał, wygnieciony w śniegu ślad, pozostawiony przez podłużną torbę. W nocy spadł świeży śnieg i zarównał wszystko. Po wyjeżdżającym pozostało wspomnienie.
M.D.
W grudniu 1914 roku na froncie zachodnim I Wojny Światowej wydarza się cud, który sprawia że niemieccy, francuscy i angielscy żołnierze porzucają swoją broń w okopach aby wspólnie, ku przerażeniu swoich generałów, świętować Boże Narodzenie. Zamiast strzelać do siebie, wymieniają prezenty, śpiewają kolędy, grzebią zabitych nie rzadko we wspólnych mogiłach a nawet rozgrywają mecze piłkarskie na ziemi niczyjej, położonej pomiędzy okopami .
To, co zobaczył Kenneth Henderson, major brytyjskiego korpusu 25 grudnia 1914 roku w położonym na północy Francji Richebourgu, spędzało sen z powiek wszystkich oficerów. Oto na ziemi niczyjej pomiędzy wrogimi okopami, kotłował się tłum żołnierzy w mundurach brytyjskich i niemieckich, prowadzących przyjacielskie rozmowy i wymieniających skromne podarunki.
Niecałe 5 miesięcy od rozpętania I Wojny Światowej na początku sierpnia 1914 roku, broniły wspólnie wojska brytyjskie, francuskie i belgijskie północnej Francji i Belgii przeciwko armii cesarza Wilhelma II. Święta Bożego Narodzenia, jak zapewniali żołnierzy generałowie obydwu stron, powinni spędzić już w domach rodzinnych. Jednakże z początkiem grudnia tylko na froncie zachodnim ponad milion żołnierzy albo zginęło albo powiększyło grono rannych a końca walk jak nie było tak nie było widać.
Wydarzyło się wtedy coś co graniczyło z cudem. Na całym odcinku prawie 800 kilometrowego frontu (na mapie obok fioletowa linia) pomiędzy morzem północnym a granicą szwajcarską spontanicznie zaprzestano walk w obliczu zbliżających się świat. Dotychczasowi wrogowie masowo opuszczali swoje okopy, obdarowywali się gorzałką, papierosami, grzebali poległych w wspólnych mogiłach a nawet rozgrywali mecze piłkarskie. Było to największe bratanie się żołnierzy jakie zanotowano kiedykolwiek w historii wojen.
W Wielkiej Brytanii wydarzenia te od dawana stały się częścią zbiorowego sumienia narodu. Wielokrotnie o nich pisano. Na ich podstawie powstały sztuki teatralne, filmy i pieśni a były członek legendarnego zespołu The Beatles - Paul McCartney - uwiecznił je na jednym ze swych wideoklipów.
Rozpuszczone przez Wilhelma II psy wojny po początkowym galopie powstrzymane zostały na froncie zachodnim, kiedy to wojna przekształciła się wojnę pozycyjną. W błotnistych, zaszczurzonych okopach oddalonych od siebie często tylko o kilkadziesiąt metrów, czaili się żołnierze nieprzyjacielskich armii, podczas gdy ponad nimi słychać było świst kul pochodzących od artyleryjskich ostrzałów.
Popędzani do przodu przez swych oficerów, piechurzy padali pokotem. Porażająca nowa broń, karabin maszynowy, sprawiała, że po każdym ataku śmierć zbierała obfite żniwo. Przy zasiekach leżały zwały trupów i to właśnie wewnętrzne przekonanie prostych żołnierzy aby poległym sprawdzić godny pochówek dało początek spontanicznemu zawieszeniu broni.
Krótkotrwałe zawieszenie broni miały miejsce już przedtem podczas wielu wojen. Również na niektórych odcinkach frontu zachodniego przestrzegano pewnych, niepisanych reguł. Nie strzelano w porze posiłków, co obwieszczano deską przymocowana do długiego kija wbitego na krawędzi okopów. Nie strzelano też podczas przerw na załatwienie potrzeb fizjologicznych - nikt, nawet najgorszy wróg nie powinien umrzeć z opuszczonymi spodniami.
Jednakże wzajemne bratanie się, które miało miejsce podczas owych Świąt Bożego Narodzenia, przekroczyło wszelkie dotychczasowe normy zachowania się na froncie. Szczególnie na 50 kilometrowym odcinku pomiędzy nieopodal Ypern, gdzie Tommies (żołnierze brytyjscy) i Fritzen (żołnierze niemieccy) dochodziło do nie mającego precedensu bratania się żołnierzy wrogich armii.
Następowało to najczęściej z inicjatywy żołnierzy cesarskich. Czy powodem tego był fakt, że w wojskach niemieckich ceniono inicjatywę pojedynczych żołnierzy, podczas gdy żołnierzom brytyjskim wpajano ślepe posłuszeństwo, trudno jest jednoznacznie stwierdzić. Być może pewną rolę odegrało to, że dziesiątki tysięcy obecnych żołnierzy cesarskich przed wojną poszukiwało chleba w Zjednoczonym Królestwie i posługiwało się łamaną angielszczyzną.
Po stronie niemieckiej, szczególnie żołnierze z pochodzący z Bawarii i Saksonii skłonni byli do aktów bratania się. Można sobie wyobrazić jak trudno było niektórym Francuzom czy Belgom, walczącym przecież na własnej i o własną ziemię, przezwyciężyć nienawiść do wroga i podać mu rękę podczas tego świątecznego zawieszenia broni. Zdjęcia jakie wykonali wtedy żołnierze francuscy zostały wkrótce skonfiskowane przez ich przełożonych. Nikt w Lyon albo Nantes nie powinien dowiedzieć się przecież, że nawet nienawiść do swojego wroga ma swoje granice.
Kiedy szefa sztabu generalnego armii niemieckiej, Ericha von Falkenhayn, doszły głosy o wydarzeniach na froncie, zagroził on wszystkim w nich udział biorących sądem wojennym. Okazało się wtedy, większość żołnierzy wypełniła rozkazy swoich przełożonych a tylko na niektórych odcinkach frontu żołnierze nie chwytali za broń przez kilka tygodni.
Na koniec ciekawostka. Kiedy w drugim dniu świąt na odcinku frontu pomiędzy Armentieres i Lille regiment saksoński otrzymał rozkaz wszczęcia walk, oznajmił on Brytyjczykom: "Panowie! Nasz dowódca rozkazał nam, aby od północy na nowo zacząć strzelać. Jest dla nas zaszczytem móc Panów o tym poinformować".
Od północy zabijanie zaczęło się od nowa.
Tłumaczenie:
Katii
Krótka historia wielkiego umierania. Europa i I Wojna Światowa.
4. sierpnia 1914 marszem na Belgię rozpoczyna się niemiecka ofensywa na zachodzie
26. - 30. sierpnia 1914 r. zwycięstwo pod Tannenberg (Stębark) czyni z Hindenburga bohatera wojennego
2. września 1914 r. wojska niemieckie stoją tylko w odległości 50 km od Paryża
5. - 12 września 1914 r. wojska francuskie i brytyjskie powstrzymują marsz wojsk niemieckich pod Marną
Od lutego do grudnia 1916 r. w walkach pod Verdun ginie po obu stronach włącznie ponad pół miliona żołnierzy
6. kwietnia 1917 r. Stany Zjednoczone wypowiadają Niemcom wojnę
3. marca 1918 r. Rosja po podpisaniu pokoju w Brest-Litowsku (Brześć Litewski) wycofuje się z wojny
11. listopada 1918 r. Matthias Erzberger podpisuje zawieszenie broni. Polska odzyskuje niepodległość
10. stycznia 1920 r. wchodzi w życie pokój wersalski
Początek lat siedemdziesiątych. Bitą drogą miejscowości Głębokie stary człowiek pędzi bydło. W pewnej chwili przecina mu drogę równie stara kobieta. Stary człowiek rzuca się z wrzaskiem na nią ze swoją laską, a tej cudem udaje się uniknąć tęgich razów. Inni sędziwi mieszkańcy przypatrują się w milczeniu całemu wydarzeniu. Potakują głowami. Przyzwalają. Kobieta od dawna posądzana jest o czary.
Średniowiecze. Dwutysięczny Bamberg pali w ciągu jednego roku 600 czarownic. Początek holokaustu?
Nie tylko kobiety padały ofiarą trwającego w Niemczech przez wieki polowania na czarownice, co czwartą czarownicą był mężczyzna.
Pewnego ranka roku pańskiego 1589 wtargnęły do mieszkania burmistrza miasta Trier - Dietricha Flade służby miejskie i pojmały go. Powód - podejrzenie o czary. Okoliczni chłopi donieśli na najbogatszego mieszczanina, obwiniając go o zniszczenie swoich plonów za pomocą ślimaków i niepogody, które wywołał poprzez swoje czary po to aby móc sprzedawać drożej swoje własne zapasy. Na torturach wyznał, żę diabeł pod postacią pięknej kobiety ukazał mu się. A że jego żona wcześniej już przepłynęła rzekę Styks, oddał się bez wahania cielesnym uciechom z przepiękną zjawą.
Oto co orzekł sąd w tej typowej sprawie: oskarżony jest przywódcą sekty satanistycznej, która czyni spustoszenie w okolicach Trier. Zanim Flade zostaje uduszony i spalony na stosie, popada w histerię, gdyż sam wcześniej jako sędzia wysłał na drugi świat niejedną osobę z podobnych powodów. Z jedną wszakże różnicą: wszystkie jego ofiary były kobietami.
Według obiegowych poglądów ofiarami polowań na czarownice padały tylko kobiety. W rzeczywistości jednak przypadek Flade nie był wyjątkiem w tamtych czasach. Co czwartą ofiarą z 28 tys. czarownic skazanych na śmierć w Świętym Cesarstwie Narodu Niemieckiego był mężczyzna.
Pogłoski, które krążyły poprzez wieki zawyżały liczbę ofiar polowań na czarownice aż do 2 milionów. Faszyści doliczyli się 9 milionów, opierając się na pogłoskach z 18 wieku - liczba, którą podawały również organizacje feministyczne. Naukowcy jednak są obecnie w zasadzie zgodni, że liczba ofiar była zdecydowanie niższa. Najpóźniej od 1430 roku odbywały się w Europie przez 350 lat "legalne" procesy czarownic. Na podstawie akt historycy doliczyli się 60 tys. ofiar.
Ponadto istniała też , jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, "szara strefa" w niektórych regionach. I tak np. w 17 wieku Graf von Hohemens nakazał w swoich hrabstwie Vaduz 2 razy w przeciągu 3 lat 300 czarownic "nielegalnie" oddać oczyszczającemu działaniu ognia. Kiedy sprawa dodarła do uszu cesarza Leopolda I, rozkazał on osadzić hrabiego do końca życia w areszcie domowym.
Jednym z głównych powodów nagonki na czarownice był fakt, że pomiędzy 15 a 17 wiekiem, a więc kiedy polowania osiągnęły apogeum, Niemcy przeżywały okres klęski gospodarczej. Powód: zmiany klimatyczne. Tzw. "Mała epoka lodowcowa" powodowała niewyobrażalne burze i siarczyste mrozy w całej Europie Środkowej. Lata prawie nie było a żniwiarzy zastępował grad. Winnych należało poszukać i ukarać.
W regionie Mosel na 20 lat, 2 tylko były urodzajne. Kronikarz miasta Trier - Johann Linden- zanotował u schyłku 16 wieku: "Ponieważ panuje powszechne przekonanie, że lata chude wywołane zostały przez diabelską nienawiść czarownice i złych duchów do rodzaju ludzkiego, cały naród powstał przeciwko ich nieczystym sztuczkom, nawołując do ich wytępienia". Nie jest przypadkiem, że właśnie w najbiedniejszych regionach jak np. pomiędzy Mosel a Luksemburgiem albo w okolicach Meklemburg nienawiść do czarownic najczęściej podpalała stosy.
Motorem nagonek z reguły nie była, jak się przez długi czas przyjmowało, panująca władza. Polowanie napędzane było od dołu. Lud najwyraźniej chciał uczniów szatana widzieć w okowach ognia i nie zważał na to czy będzie to kobieta czy mężczyzna. Nagonce w mieście Trier padło ofiarą dwóch burmistrzów. Trzeci odebrał sobie życie, czekając na proces.
W miejscowości Eifeldorf Auw koło Pruem oskarżono o czary i następnie stracono nawet katolickiego proboszcza - Michaela Campesis. Wszystkie chrzty, które nieszczęśnik przeprowadził po dacie jego domniewanego paktu z diabłem musiały zostać powtórzone.
Podczas gdy kobiety posądzano o czary przynoszące nieszczęścia w gospodarstwach domowych jak np. śmierć dziecka, sprawcami nieszczęść poza ścianami domów byli z reguły czarownice męskiego plemienia. Celem ataków byli oprócz ludzi wpływowych, wszyscy żyjący na obrzeżach społeczności jak np. pasterze czy włóczędzy.
Jeden z włóczęgów - Hans z Veitsberg - jeszcze zanim znalazł się na ławie tortur, przyznał przed sądem w roku 1658, że wraz z innymi sześcioma mężczyznami i jedną kobietą psuł pogodę. Kamienie, piasek, zwierzęce i ludzkie włosy, wełnę owczą wraz z ciałem dziecka w kotle kotował i kule z masy tej odlewał, którymi następnie ostrzeliwał chmury, zmieniając w ten sposób pogodę. Motywem była zemsta na chłopach, którzy poskąpili mu jałmużny.
W rzeczy samej zmieniło się w tamtych czasach pod wpływem Reformacji nastawienie bogatych do dawania jałmużny. Zaczęło królować, również pośród katolików, następujące protestanckie motto: " Każdy jest kowalem swojego szczęścia". Bogaci nie czuli się już więcej zobowiązani do dzielenia się z biednymi resztkami ze swojego stołu. Włóczędzy i żebracy zaś ze swojej strony grozili złymi czarami aby wymusić dla siebie jałmużnę.
Uważano powszechnie, że kiedy jeden osobnik popadł już w diabelskie młyny, pociągał on innych za sobą do czynienia zła. Rzadko szatan działał w pojedynkę. Sędziowie wychodzili z założenia, że należy od nieszczęśnika wydusić nazwiska wszystkich jego wspólników. Podał oskarżony o czary imiona swoich pomocników, mógł mieć nadzieję, że zostanie powieszony a nie oddany żywcem na pastwę ognia. Z powodu takowych zeznań, nieraz całe wioski zostały wyludnione.
Nie wyjaśnia to jednak dlaczego w niektórych rejonach Niemiec szczególnie wiele notowano spaleń czarownic płci męskiej. W procesie przeciwko czarownikowi z nazwiskiem Jackl diecezji Salzburg pomiędzy rokiem 1675 a 1680, 80 procent z 200 skazanych, stanowili młodzi mężczyźni. W całym obwodzie Kaernten średnio 60 prozent.
W przeciwieństwie do tego w Meklenburgu, gdzie według najnowszych badań stracono 2000 czarownic (jeden procent ludności), znajdowało się wśród nich tylko 15 procent mężczyzn. Podobne proporcje zanotowano w innych regionach protestanckich, północnych Niemiec. W katolickich regionach liczba spalonych mężczyzn była odpowiednio dwa razy większa.
Można powiedzieć, że pomiędzy katolikami a protestantami zarysowała się wyraźna różnica co do płci sprzymierzeńców szatana. Przyczyny można dopatrywać się w tym, że katoliccy teolodzy powoływali się na tzw. "Vulgatę" - tj. łacińską biblię powstałą na gruncie źródeł hebrajskich i greckich. W księdze Exodus (rozdział 22 wers 18) czytamy: "Maleficos non patieris vivere" - co znaczy: Czarownikom nie powinieneś żyć pozwalać.
Jednak Martin Luter, który znał hebrajski, przetłumaczył ten wers z tekstu oryginalnego: "Czarownicom nie powinieneś żyć pozwalać".
Było to tłumaczenie nie tylko bardziej dokładne ale odpowiadało światopoglądowi tego reformatora. W jego kazaniu na temat Exodus 22, 18 tak zagrzmiały jego słowa: " Dlaczego prawo odnosi się tu raczej do kobiet niż mężczyzn, chociaż również mężczyźni je łamią? Ponieważ kobiety bardziej niż mężczyźni podatne są na sztuczki szatana. Jak Ewa ..Powinny zostać uśmiercone". I dalej: "Jest to absolutnie sprawiedliwe prawo, które nakazuje zabijanie czarownic, ponieważ są one przyczyną wielu szkód." Według Lutra, rozprzestrzeniają czarownice za pomocą swoich zaklęć i zaczarowanych mikstur nienawiść, czynią "spustoszenie w domu i zagrodzie". Dla Lutra czarownica to nic innego jak nałożnica szatana.
Luter osobiście uczestniczył w pierwszych paleniach czarownic w Wittenberg, przypatrując się im w milczeniu. Czy firmowałby masowe prześladowania czarownic, które nastąpiły dopiero po jego śmierci, można tylko spekulować. Z pewnością był jednak jednym z teologów, którzy do prześladowań dołożyli swoją cegiełkę. Luteranie postępowali ściśle według biblii i byli wierni przekładowi biblii dokonanemu przez Lutra.
Tłumaczenie:
M.D.
Że do nieba dostać się trudno wiemy wszyscy. Okazuje się również, że nie wystarcza "święte" przekonanie o czyjejś świętości a przyszli święci muszą wykazać się cudami i czasami "świętą" cierpliwością zanim zostaną oficjalnie wpisani do rejestru świętych.
Giuseppe Franssinetti (zmarł 1868r.) - ksiądz i założyciel zakonu byłby już dzisiaj pośród grona świętych, podobnie jak jego siostra Paula, gdyby na przeszkodzie nie stanęła jedna rzecz: nie stwierdzono dokonania za jego wstawiennictwem 2 cudów niezbędnych do kanonizacji. Na liście Watykańskiej Kongregacji ds. Świętych znajdują się nazwiska kilkuset kandydatów, którym brakuje jednego albo dwóch cudów koniecznych do kanonizacji. Niektórzy z nich jak Matka Teresa czy papież Jan XXIII od niedawna znajdują się na liście i z pewnością zostaną ogłoszeni świętymi. Za Matką Teresą przemawia 600 nadprzyrodzonych łask (tj. nie zweryfikowanych cudów) dokonanych za jej przyczyną. Inni kandydaci jak np. jezuita ojciec Miguel Pro, który został stracony przez rząd meksykański w roku 1927 czy ojciec Damien DeVeuster z Belgii (1840 - 1889), który posługiwał chorym na trąd na wyspie Molokai, utknęli na dziesięciolecia w procesie prowadzącym do uzyskania statusu świętego.
Ostatnio głośno było o kardynale Tarcisio Bertone z Genui, uprzednio wysokim watykańskim hierarchie, który otwarcie skrytykował w prasie europejskiej kościelne reguły, spełnienie których jest wymagane w drodze do świętości. Jak stwierdził rozżalony kardynał, Frassinetti byłby już dawno w gronie świętych gdyby kościół tylko złagodził przepisy dotyczące cudów. W rzeczy samej, Bertone wyraził pogląd, że jego uprzedni przełożony - jeden z najbliższych doradców papieża ds. wiary kardynał Joseph Ratzinger - obiecał mu, że sam przedstawi sprawę tą Ojcu Świętemu.
Czy kościół zmieni w najbliższym czasie od tysiąca lat obowiązujące warunek, że cudy są niezbędne do uzyskania kanonizacji? Napewno nie nastąpi to za pontyfikatu Jana Pawła II, który już uprzednio złagodził reguły prowadzące do świętości poprzez zaniżenie liczby wymaganych cudów z czterech do dwóch tzn. jednego prowadzącego do beatyfikacji i drugiego, wymaganego w procesie kanonizacji. Dalszego złagodzenia reguł nie należy się spodziewać. "Podniosłem ten temat w swojej rozmowie z papieżem kilka lat temu" - powiedział jezuita Peter Grumpel, członek Kongregacji ds. Świętych. "Papież odpowiedział, 'Sprawę tą pozostawię do rozwiązania swojemu następcy'. Powiedziawszy to uśmiechnął się.
Od świętych zawsze oczekiwano zdolności dokonywania cudów i to nie tylko w Kościele Rzymskokatolickim. Również dla wyznawców hinduizmu, buddyzmu i islamu było oczywiste, że świeci muszą posiadać moc dokonywania rzeczy nadprzyrodzonych. W kościele katolickim jednakże za cuda uznaje się znaki nadprzyrodzone zaszłe po śmierci kandydata na świętego, potwierdzające tym samym jego rangę i godność. Zakłada się, że istnieje grono wiernych, które będzie wypraszać w swoich modlitwach jego łask - zwykle uzdrowień. Nie obywa się to wszakże bez przeszkód. Na przykład w bocznym ołtarzu Bazyliki św. Piotra spoczywają szczątki papieża Innocentego XI. Zmarł on był w roku 1689 i z powodu silnego opozycji ze strony Francji, został beatyfikowany dopiero w 1956 roku. Dzisiaj niewielu katolików go pamięta a jeszcze mniej jest skłonnych dopraszać się łask za jego wstawiennictwem.
Jeszcze większym problemem jest to, że współcześnie większość zdarzeń uznawanych za cud to nie dające się wytłumaczyć uzdrowienia wymagające potwierdzenia ze strony świata medycznego. Kościół zapoznaje się z opinią lekarzy aby się upewnić, że uzdrowienia nie dają się wytłumaczyć w sposób naukowy na bazie dotychczasowej wiedzy. "Lekarze nie zawsze chętnie współpracują" - stwierdza ojciec Paul Chavasse, duchowny odpowiedzialny za beatyfikację kardynała John Henry Newman'a - dominującej postaci kościoła katolickiego w 19 wieku. Przyznał to również sam papież, stwierdzając, że "przypadki fizycznego, cudownego wyzdrowienia stają się coraz rzadsze."
W odpowiedzi na to, niektórzy członkowie świętej kongregacji proponują uznawanie za cud nie tylko uzdrowień fizycznych ale również "cudów moralnych". Na przykład wielu byłych nałogowych alkoholików stwierdziło, że modlitwa do irlandzkiego kandydata na świętego, Matta Talbot - również nawróconego alkoholika, pozwoliła im pozbyć się nałogu.
W każdym razie są przekonywujące dowody na to, że niechęć środowiska medycznego do współpracy w przypadkach cudownych uzdrowień jest zjawiskiem kulturowym. W znacznym stopniu laickim społeczeństwie Europy północnej, lekarze są skłonni wierzyć, że w przyszłości nauka pozwoli wytłumaczyć uzdrowienia, które dzisiaj uznaje się za cud. Ale w innych kręgach kulturowych lekarze są mniejszymi agnostykami jeśli chodzi o cudowne uzdrowienia. Spośród 1100 lekarzy zatrudnionych w oficjalnych placówkach służby zdrowia w Stanach Zjednoczonych 55 % stwierdziło, że było naocznymi świadkami cudownych uzdrowień.
Kościół wierzy głęboko, że Bóg powołuje więcej świętych niż tych oficjalnie uznanych na mocy dokonanych za ich wstawiennictwem cudów.
Tłumaczenie:
M.D.